GORALENVOLK...ANATOMIA ZDRADY...

GORALENVOLK...ANATOMIA ZDRADY...
ePub czas dodania: 2013:11:09 16:11 komentarzy 0
Postać majora Józefa Kurasia (ps. Ogień) wywołuje na Podhalu skrajne emocje...czasem się dziwię, bo dla mnie był to facet, który był wyrazisty, a Ojczyzna była dla niego wszystkim...

Nie będzie to krótki post, niemniej pragnę przedstawić tutaj szerszy aspekt dziejów Podhala, a zwłaszcza zdradę i walkę o wolność Polski...

Na działce na której postawiłem dom, wcześniej stał dom poprzedniego właściciela, który był intendentem niemieckich okupantów...prowadził statystyki kontyngentowe dla niemców, czyli zajmował się odbieraniem od Polaków płodów rolnych tzn. zboża , trzody chlewnej i bydła na potrzeby Niemców...gdy wyburzyliśmy ten stary dom znalazły się zeszyty z tabelkami, gdzie on skrupulatnie notował który z mieszkańców oddał ile owsa, jęczmienia, pszenicy, żyta, tuczników i bydła...porobione były tabelki rysowane ołówkiem, a krnąbnych i nie wywiązujących się z tych zobowiązań zaznaczał czerwoną kredką i stawiał wykrzykniki. Zachowały się też kwity z oddawania trzody chlewnej, oraz upomnienia wysyłane do mieszkańców wsi, którzy jeszcze nie wywiązali się z kontyngentu...wszystko opatrzone pieczęcią z charakterystyczną hitleroawską czarną wroną. Co jeszcze znalazłem...ano znalazłem też partyjną legitymację PZPR tegoż pana...z chwilą, kiedy zostaliśmy “wyzwoleni” przez rosyjskiego okupanta, ten pan już się “przebranżowił” i został niejako “sługą” nowego pana, czyli komunistycznej partii.


 

I teraz wrócimy do „Ognia”. Otóż jeszcze pod pseudonimem „Orzeł”, działając w Konfederacji Tatrzańskiej zwalczał on zaciekle rodzimych zdrajców z goralenvolk, za co ci z kolej w akcie zemsty dopomogli swoimi donosami Niemcom w straszliwym mordzie dokonanym na ojcu, żonie i maleńkim dziecku Józefa Kurasia, których spalono w ich własnej chałupie. To po przeżyciu tej traumy Józef Kuraś przyjął pseudonim „Ogień”, a na całym Podhalu coraz popularniejsza stawała się prorocza przyśpiewka na temat Wacława Krzeptowskiego, „Oj Wacuś, Wacuś będziesz wisiał za cóś”.

Żywa jest na Podhalu pamięć o góralach i góralkach, którzy za przynależność do Goralenvolk otrzymali od żołnierzy Kurasia publicznie karę w postaci chłosty wykonywanej wyciorami od karabinów na gołe tyłki bez oglądania się na wiek czy płeć ukaranych.

Ból szybko minął, ale wstyd i hańba trwają do dzisiaj i towarzyszą kolejnym pokoleniom, co ułatwia twórcom „czarnej legendy” o „Ogniu” pozyskiwać kolejnych świadków jego „bandytyzmu” i „antysemityzmu”. Link do ciekawego artykułu blogera kokos26.


 

No właśnie, a jak wyglądała historia Goralenvolk...polecam ciekawe i rzetelne opracowanie z blogu Historia Rabki... linki do literatury podam na końcu.

 

 

Naród polski czy góralski?


 

Przerzucając kolejne kartki encyklopedii, pod hasłem Goralenvolk odnajdujemy krótką notę, z której dowiadujemy się między innymi, że jest to nazwa niemieckiej akcji germanizacyjnej w czasie II wojny światowej na terenie przedwojennego powiatu nowotarskiego. Jednak by dokładnie prześledzić historię jednego z najgłośniejszych przypadków kolaboracji polskiej, trzeba odnieść się do literatury poświęconej tej tematyce. Wiele osób zapewne zadaje sobie pytanie; jak to możliwe, że Podhale, które słynęło ze swoich zasług, dopuściło się tak wielkiej zdrady? Co spowodowało, że wiele osób zgodziło się przyjąć niebieską Kennkartę z literą G? Oraz jak przebiegała owa akcja na terenie Rabki? Na te oraz inne pytania postaramy się odpowiedzieć w tym artykule, który będzie jednak tylko szkicem losów Goralenvolku.


 

Typ górala tatrzańskiego. Górale podhalańscy
słyną z pięknego stroju. Czarny filcowy
kapelusz obszyty muszelkami, biała gunia
 pięknie wyszywana, białe obcisłe spodnie z bogato
wyszywanymi parzenicami, na nogach skórzane
płytkie pantofle - kierpce - oto główne części tego stroju

 

Zanim przystąpimy do opisywania narodzin Goralenvolku, warto jest przyjrzeć się sytuacji na Podhalu jeszcze przed wybuchem wojny. Kryzys gospodarczy lat 30. sprowadził straszliwą biedę, z której Podhale nie wygrzebało się aż do wojny. Ceny artykułów rolnych mocno zmalały, dodatkowo chłopi musieli spłacać pożyczki zaciągnięte na rozwój gospodarstwa. Jednakże przedwojenne Zakopane było miastem otwartym, w którym bardzo szybko rozwijała się turystyka. Do Zakopanego przyjeżdżało bardzo wielu sportowców, dwukrotnie odbyły się tutaj mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w 1929 i 1939 roku. Mieszkańcy powoli likwidowali swoje gospodarstwa i zaczynali utrzymywać się głównie z turystów.


 


 


 

Wzmożony ruch w mieście stworzył idealne warunki dla niemieckiego wywiadu - Abwehry. Szpiedzy wykorzystywali liczne imprezy sportowe dla nawiązania kontaktów. Słabe obsadzenie polskim kontrwywiadem mistrzostw świata w lutym 1939 roku, dało Niemcom znakomitą okazję do poznania miasta i okolicy. Wybuchła wojna, goście z Zakopanego wyjechali, ponownie nastały ciężkie czasy dla górali. Po zajęciu Podhala przez Niemców okazało się, że placówką szpiegowską w Zakopanem kierował Witalis Wieder. Współpracował z nim doktor praw Henryk Szatkowski. To właśnie Wieder i Szatkowski uważani są przez wielu za głównych inspiratorów zdrady.


 

Dla wielu czytelników pewnie będzie to wielkim zaskoczeniem, ale te dwie postacie przed wojną uchodziły za patriotów. Zanim rozpoczęła się niemiecka okupacja Witalis Wieder był kapitanem wojska polskiego, a także głównym organizatorem polskich świąt narodowych i patriotycznych. Pełnił również funkcję prezesa Związku Oficerów Rezerwy w Zakopanem. Gdyby nie wojna, Henryk Szatkowski zapewne miałby dzisiaj w Zakopanem własną ulicę. W czasie I wojny światowej służył on w legionach, walcząc o niepodległość Polski. Był doktorem praw, władał siedmioma językami. Studiował w Berlinie i we Wrocławiu, a na Uniwersytecie Jagiellońskim napisał rozprawkę doktorską o prawnych aspektach ochrony przyrody. W latach 30. przeprowadził sie do Zakopanego, gdzie zaprzyjaźnił się z miejscową elitą i ożenił z rodowitą góralką. Był zakochany w kulturze góralskiej, uwielbiał folklor góralski i Tatry. Zaangażowany był w turystykę i narciarstwo; budował między innymi kolejkę na Kasprowy i na Gubałówkę, przy jego pomocy odbyły się również w Zakopanem ostatnie przedwojenne narciarskie mistrzostwa świata. Jednak fascynowały go również - Niemcy. Imponowała mu niemiecka kultura, porządek, organizacja. Bardzo dobrze mówił po niemiecku. Jako kapitan sportowy Polskiego Związku Narciarskiego wiele podróżował, ale zawsze najbardziej podobały mu się zawody przeprowadzane w alpejskich kurortach Austrii i Niemiec. Dlaczego takie osoby zdecydowały się na kolaborację? Odpowiedzi możemy się tylko domyślać, jednak prawda nie zostanie raczej już nigdy odkryta.

 

Wieder i Szatkowski by ukazać odrębność górali, zaczęli propagować ideę jakoby górale byli pochodzenia niemieckiego - Goralenvolk - lud góralski. Poglądy swe oparli na badaniach naukowców niemieckich, którzy uważali, że tereny te zamieszkiwane były w przeszłości przez ludy germańskie, które później zmieszały się z napływowym, agresywnym i kulturowo zacofanym ludem słowiańskim. Świadczyć o tym miała między innymi góralska spina, która przypominała zapinki wyrabiane przez Gotów oraz łamany krzyż (hakenkreuz) występujący w sztuce góralskich ozdób. Kolejnym argumentem miała być niemiecka kolonizacja tych terenów prowadzona od XIII wieku, po której pozostało wiele niemieckich nazw miejscowości i nazwisk rodów góralskich. Germańskich wpływów doszukiwano się w podhalańskiej gwarze, w ubiorze, w budownictwie, w tańcu, w muzyce i w śpiewie.


 

Dobrym znajomym Witalisa Wiedera był Wacław Krzeptowski, który bardzo szybko stał się wyznawcą jego poglądów.


 

Szatkowski i Wieder wzywali by nawiązać współpracę z Niemcami, gdyż klęska Polski jest już ostateczna. Razem z Andrzejem i Stefanem Krzeptowskim starali się przeciągnąć na swoją stronę, wieloletniego prezesa Związku Górali i prezesa Stronnictwa Ludowego w powiecie nowotarskim, Wacława Krzeptowskiego. Gdy ucichły echa wojny obronnej, w połowie października 1939 roku, Witalis Wieder zorganizował góralską pielgrzymkę na Jasną Górę. Miała ona unaocznić, że Niemcy nie są wrogami ludności polskiej, skoro nie zniszczyli jasnogórskiego klasztoru i znajdującego się tam cudownego obrazu Matki Boskiej. Niemieckie gazety głośno komentowały to wydarzenie, umieszczając wiele zdjęć górali, którzy ubrani w ludowe stroje modlili się przed wizerunkiem Czarnej Madonny. Prawdopodobnie w czasie tej pielgrzymki Wacław Krzeptowski zdecydował się ostatecznie na kolaborację z Niemcami.


 

Przyjrzyjmy się bliżej, kim był ów książę górali, Wacław Krzeptowski? Wywodził się on ze znanego rodu Sabałów do którego m.in. należał Jan Krzeptowski-Sabała – słynny gawędziarz, muzykant i myśliwy, który dla gości odwiedzających Tatry, stał się symbolem góralszczyzny. Był towarzyszem górskich wypraw odkrywcy Tatr i Zakopanego doktora Tytusa Chałubińskiego oraz Stanisława Witkiewicza, którego syna, Witkacego, trzymał do chrztu jako ojciec chrzestny.


 

Przedwojenny życiorys Wacława Krzeptowskiego nie wskazywał na to, że zdecyduje się on na kolaborację z wrogim państwem. Podczas I wojny światowej walczył w austriackiej armii, tropiąc po górach dezerterów. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został członkiem zakopiańskiego Związku Górali, w kilka lat później został prezesem Stronnictwa Ludowego w Nowym Targu. Przyjaźnił się z Wincentym Witosem. W kościeliskim kościele witał chlebem i solą prezydenta Ignacego Mościckiego. W 1938 roku ofiarował nawet polskiemu wojsku ciężki karabin maszynowy, zakupiony z pieniędzy pochodzących z rodowej składki. W tym też czasie Wacław Krzeptowski popadł w długi. Bankom i prywatnym osobą był winny około 70 tysięcy złotych. W tamtym okresie była to ogromna suma. By pozyskać wiernego kolaboranta, Niemcy spłacili jego długi i zadbali o majątek. Podczas gdy Podhale żyło w biedzie, chorowało na tyfus i nieraz przymierało głodem Krzeptowski miał zapewnione dostatnie i bezpieczne życie. Był bardzo zuchwały, uwielbiał gdy mówiono o nim góralski książę. Niemieckie zapewnienia o utworzeniu tatrzańskiego księstwa górali i marzenie by zostać góralskim führerem sprawiły, że Wacław Krzeptowski był gotowy wykonać niemiecki rozkaz na każde zawołanie.


 

Kilka tygodni po góralskiej pielgrzymce na Jasną Górę, 4 listopada 1939 roku, Wacławowi Krzeptowskiemu jako przyszłemu wodzowi górali – Goralenführerowi – złożyli wizytę dygnitarze hitlerowscy. Wśród nich był gubernator dystryktu krakowskiego SS-Gruppenfürer Otto Wächter oraz komisarz miasta zakopanego Malsfey. Goście zaprosili go na Wawel do Krakowa. Celem tego wyjazdu miało być powitanie generalnego gubernatora Hansa Franka i złożenie mu hołdu w imieniu całego ludu góralskiego.


 

Głównym organizatorem wyjazdu był Witals Wieder, który przygotował, nie znającemu niemieckiego Wacławowi Krzeptowskiemu hołdownicze przemówienie. Delegacja Goralenvolk, ubrana w stroje ludowe, wyruszyła z Zakopanego 7 listopada 1939 roku. Obok Wacława wśród delegatów obecni byli: jego kuzyn Stefan Krzeptowski, przedwojenny działacz Związku Górali - Józef Cukier i dwie góralki. W tym, też dniu odbył się „hołd wawelski” - delegacja ofiarowała generalnemu gubernatorowi złotą podhalańską ciupagę i złożyła deklarację o gotowości do współpracy. Gdy wieść o tym wydarzeniu rozniosła się po Podhalu uczestników hołdu okrzyknięto zdrajcami. Jednak hołd stał się faktem. Gazety z całej Europy codzienne zamieszczały liczne artykuły i zdjęcia z pobytu górali na Wawelu.


 

Pięć dni później, 12 listopada 1939 roku, z rewizytą do Zakopanego przybył sam generalny gubernator Hans Frank. Dzień wcześniej przez Podhale przetoczyła się fala aresztowań - aresztowano między innymi nauczycieli gimnazjów w Nowym Targu, Rabce i Zakopanem. Na dygnitarzy hitlerowskich, w triumfalnej bramie zbudowanej z okazji narciarskich mistrzostw świata przy ulicy Kościuszki w Zakopanem, oczekiwał Wacław Krzeptowski wraz ze swoją delegacją. Po powitaniu Wacław wygłosił kolejne hołdownicze przemówienie, w którym miał powiedzieć między innymi: Meine Liebe Kameraden, dwadzieścia lat jęczeliśmy pod polskim panowaniem, a teraz wracamy pod skrzydła wielkiego narodu niemieckiego. Karolina Rojowa, która brała udział w wawelskim hołdzie, w karczmie „Pod Góralem” przy ulicy Kościeliskiej, powiesiła między malowanymi na szkle obrazami świętych, portret Hitlera. Następnie odbył się bankiet wydany przez gubernatora na cześć góralskiej delegacji. Prawdopodobnie wtedy podjęto decyzję, by Zakopane było miastem zamkniętym. Niemcy postanowili utworzyć tu własne uzdrowisko i centrum sportów zimowych, przeznaczone na odpoczynek dla przyszłych zwycięzców. To tutaj Hans Frank stawiał pierwsze kroki na nartach, na Kalatówkach pobierając prywatne lekcje. Bardzo szybko zaczęły powstawać niemieckie przewodniki po tatrzańskich szlakach, w których Tatry nazywano rajem dla narciarzy, a Dolinę Kościeliską bajeczną.

 

Goralenführer Wacław Krzeptowski
z gubernatorem Hansem Frankiem w Zakopanem

 

Trzy dni po wizycie generalnego gubernatora w Zakopanem, 15 listopada 1939 roku, „Goniec Krakowski” w artykule „Gubernator generalny dr Frank w Zakopanem” donosił: Gubernator generalny odwiedził Zakopane. Na powitanie przybyła między innymi delegacja górali. Jeden z nich zapewnił gubernatora, że górale są zadowoleni z obecnego stanu i opisał cierpienia, jakie musieli znosić dawniej. Gubernator podziękował im za oświadczenie lojalności i zapewnił, że rząd Rzeszy Niemieckiej zawsze dbał o dobro swoich mniejszości. Mówił on, że skończyły się prześladowania górali. Delegacja wręczyła gubernatorowi odznakę honorową górali. Została ona wykonana ręcznie i przedstawia wielką wartość artystyczną.

 

Po góralsko-niemieckich uroczystościach nadszedł czas na kolejny krok – reaktywacje Związku Górali. 29 listopada 1939 roku obyło się, zorganizowane przez Wacława Krzeptowskiego, zebranie przedwojennego Związku Górali. Większość członków była przeciwna przywróceniu do życia organizacji, jednak ich protest nie miał żadnego wpływu na tą decyzję. Na zebraniu, przy pomocy dr Henryka Szatkowskiego opracowany i przyjęty został memoriał o potrzebach ludności góralskiej. Napisał on w nim między innymi: Dnia 12 listopada 1939 r. polecił Pan Generalny Gubernator, Minister Dr Frank, abyśmy przedstawili prośby i potrzeby ludności góralskiej Podhala. Stosując się do tego polecenia (...) pozwalamy sobie złożyć je na ręce Pana Generalnego Gubernatora z prośbą o przychylne i łaskawe potraktowanie. (...) Najpierwszym i najważniejszym dla nas życzeniem jest, abyśmy mogli stale i trwale pielęgnować naszą odrębność narodową. (...) Pozwalamy sobie zwrócić uwagę, że pojęcie „ludności góralskiej” nie jest pojęciem prawnie ustalonym. Ponieważ w dzisiejszych czasach sami zauważyliśmy, że zdarzają się wypadki, że niektórzy ludzie przyznają się do góralszczyzny, wcale dotychczas z nią nic nie mając wspólnego, prawdopodobnie dla osiągnięcia różnych korzyści, prosimy ażeby w wypadkach, w których dla władz nie jest jasnym, czy dana osoba do ludności góralskiej należy, władze zwracały się do naszego Związku, przy czym jesteśmy w każdym razie w stanie dać wyjaśnienie z odpowiednim uzasadnieniem. Przy objęciu władzy przez Państwo Niemieckie doszło w naszym kraju do przewrotu gospodarczego. Skutecznie został wyłączony element żydowski, ciążący od szeregu lat kamieniem na możliwościach rozwoju ludności miejscowej. W całym szeregu dziedzin życia gospodarczego została ludność wprost odsunięta. Gdy obecnie niesprawiedliwości te mają być wyrównane, prosimy, ażeby przy unarodowieniu handlu i przemysłu była brana pod uwagę ludność miejscowa, góralska.


 

W dokumencie tym po raz pierwszy podkreślona została odrębność narodowości góralskiej – Goralenvolk. Dokument przesłano Hansowi Frankowi z prośbą realizacji jego postulatów i przyjacielskie traktowanie „górali” jako narodowości zaprzyjaźnionej z Niemcami. W zamian obiecywali natychmiastowe wykonywanie wszystkich poleceń władz okupacyjnych. Wywołało to jeszcze większe niezadowolenie mieszkańców Podhala. Wacław Krzeptowski i jego zwolennicy nie liczyli się jednak z opinią społeczną. Marzyli o urzędach i dostojeństwach w przyszłym „księstwie góralskim.”


 

By silniej związać górali z władzą okupacyjną, Niemcy postanowili w listopadzie 1939 roku zorganizować kompanię góralską, która miała walczyć u ich boku. Jak się szybko okazało, górale nie mieli zamiaru służyć dla Niemców, praktycznie udało się zwerbować tylko dwóch mieszkańców Podhala. Wynik ten na ponad dwa lata zniechęcił okupanta do podobnych prób.


 

W styczniu 1940 roku Zakopane przeżyło kolejną wizytę dygnitarza hitlerowskiego. „Gościem” był sam Reichsführer SS Heinrich Himmler, który spędził wraz z osobami mu towarzyszącymi dwa dni wśród „górali”. I w tym wypadku propaganda niemiecka zamieściła w gazetach zdjęcia i artykuły, z których można było wnioskować, że górali i Niemców łączy wieloletnia przyjaźń, a wojna wyzwoliła górali spod ucisku polskiego.


 

Następnie rozpoczęto organizować instytucje i placówki współdziałające z Niemcami. Wiosną 1940 roku powstał w Zakopanem góralski klub sportowy oraz Góralska Służba Ojczyźnie (Goralische Heimatsdienst), do której zaczęto werbować młodzież. Uruchomiono również „góralską szkołę powszechną” (Goralische Volksschule) oraz „góralską szkołę zawodową” (Goralische Berufschule für Volkskünst). Do szkół wprowadzono język „góralski” jako wykładowy, choć wszyscy wiedzieli, że jest on odmianą języka polskiego. Podobne szkoły próbowano zakładać poza Zakopanem, lecz akcja ta spotkała się z dużym sprzeciwem społeczeństwa. Wiele nauczycieli nie podjęło współpracy z twórcami tych szkół, zorganizowali oni natomiast prężnie działające tajne nauczanie. Wśród tych co zgodzili się nauczać w „góralskich” szkołach, znaleźli się i tacy, którzy opowiadali dzieciom o historii Polski.


 

Zdrada zakreślała coraz większe kręgi. Dnia 20 kwietnia 1940 roku, w dniu imienin führera, delegacja górali, z Wacławem Krzeptowskim na czele, złożyła na ręce Hansa Franka hołd Adolfowi Hitlerowi. Na pamiątkę tego wydarzenia przekazali „wodzowi” góralską skrzynię z wyrytą swastyką. Wiadomość ta wywołała duże zdenerwowanie i niezadowolenie w społeczeństwie.


 

Kolejnym pomysłem działaczy Goralenvolk było przeprowadzenie spisu mieszkańców Podhala. W czerwcu 1940 roku na specjalnych arkuszach spisowych należało zaznaczyć swoją przynależność narodową. Obok rubryki dla Polaków, Żydów, Ukraińców wprowadzono oddzielną rubrykę dla „górali”. Mimo prób zastraszania ludności - grożono, że kto nie zdeklaruje się jako góral zostanie aresztowany lub pozbawiony majątku i wysiedlony - tylko kilka procent ludności powiatu zdeklarowała się do „Goralenvolku”. Wyniki w wielu miejscowościach zostały sfałszowane przez komisje spisowe, które wykreślały słowo „Polak”. Wielu bowiem mieszkańców pisało w ankietach „górol Polok” lub „polski górol”.

 

Flaga Goralenvolku

 

Polacy nie pozostali obojętni wobec poczynań przywódców Goralenvolku. Walkę z tą narodowościowo - destrukcyjną niemiecką akcją rozsadzania narodu polskiego od wewnątrz, podjął Związek Walki Zbrojnej, później Armia Krajowa, Powiatowa Delegatura Rządu i Stronnictwo Ludowe „Roch”. W maju 1941 roku została założona przez Augustyna Suskiego, Jadwigę Apostoł i Tadeusza Popka tajna organizacja - Konfederacja Tatrzańska. Organizacja ta wykazała się dużą aktywnością w zwalczaniu Goralenvolku. Augustyn Suski często do swych przyjaciół mówił: Honor nakazuje, by Goralenvolk został zdławiony przez samych Podhalan. Członkami Konfederacji były osoby związane przed wojną z ruchem ludowym, istniejącym na Podhalu. W tym gronie znalazł się również Józef Kuraś, który założył silną placówkę Konfederacji Tatrzańskiej w Waksmundzie – w jej ramach działała grupa wypadowa niszcząca instytucje pracujące na rzecz wroga. Był to zalążek oddziału partyzanckiego. Na skutek zdrady, w 1942 roku, Konfederacja Tatrzańska została rozbita.


 


 

Następnym etapem akcji „Goralenvolku” było utworzenie w Zakopanem, 24 lutego 1942 roku, „Komitetu Góralskiego” (Goralisches Komittee).


 

Od powstania „Komitetu Góralskiego” akcja Goralenvolku nabrała rozpędu. Przewodniczącym „Komitetu” został Wacław Krzeptowski, a zastępcą Józef Cukier. Obejmował on swym zasięgiem cały powiat nowotarski oraz kilka gmin powiatu myślenickiego. Delegatury umieszczono w większych miejscowościach Podhala, m.in. w: Zakopanem, Nowym Targu, Rabie Wyżnej, Rabce, Jordanowie i Makowie Podhalańskim. Zadaniem ich było pozyskiwanie nowych członków oraz współpraca z okupantem we wszystkich dziedzinach życia społeczno–gospodarczego.


 


 

Komitet” szczególną aktywność rozwinął w związku z wydawaniem kennkart – kart rozpoznawczych z literą „G”. Pod koniec 1941 roku niemieckie władze administracyjne rozesłały do zarządów miejskich i gminnych na Podhalu ankiety, które ludność miała wypełnić przy składaniu wniosku o kennkartę. Na ankietach należało zaznaczyć narodowość. Już wiosną 1942 roku „Komitet Góralski” przystąpił do akcji propagandowej mającej na celu skłonić ludność do przyjmowania „góralskich” kart. Organizowano wiece, na których przekonywano ludność do przyjęcia kart ukazując przy tym korzyści z bycia „góralem”. Obiecywano większe przydziały żywności, zwolnienie od wysyłki na roboty do Niemiec oraz zmniejszenie kontyngentu oddawanego okupantowi. Opornych starano się przekupić atrakcyjnymi towarami, gdy to nie pomagało grożono wysiedleniem i utratą majątku. Straszono represjami ze strony gestapo.


 


 

W zamyśle twórców, kennkartę miało przyjąć większość Podhalan. Jednak ludność góralska zdecydowanie stała na stanowisku przyjmowania tylko kart rozpoznawczych polskich. Dobrze rozumiano, że karta z literą „G” nie oznacza górala w sensie mieszkańca gór, ale górala należącego do „Goralenvolku”, którego Niemcy chcą skłócić z resztą narodu. W związku z tą akcją propagandową zaczęły po Podhalu krążyć różne anegdoty, które miały dodawać otuchy góralom.


 

Brama triumfalna przy ulicy Kościuszki w Zakopanem, wzniesiona na powitanie gości Narciarskich Mistrzostw
Świata w 1939 roku, fotografia z okresu okupacji.
 

 

Oto pewnego razu do zarządu gminy przyszedł stary gazda, ubrany od stóp do głowy po góralsku. Urzędnik wypełniający ankietę pyta go:

- Jakiej jesteście narodowości?

A ten odpowiada:

- No, panocku, dyć przecie jo Polok...

Urzędnik stara się spokojnie, ale dobitnie staruszkowi wytłumaczyć swoje racje i mówi powoli:

- No jaki wy Polok, przecież ubrani jesteście po góralsku, spodnie macie góralskie...

- He, panie, cóż z tego ze portki góralskie – pospiesznie przerwał staruszek – kiej to co w portkach polskie.


 

Innym razem do starostwa w Nowym Targu zgłosił się góral, wezwany w sprawie przyjęcia volkslisty.


 


 

Urzędnik pyta go:

- Gdzie jesteście urodzeni?

- Dyć, panie, jo rodzony w Berlinie.

Urzędnik pyta dalej:

- A wasz ojciec, gdzie był rodzony?

- Moj łociec rodzony w Austryi – odpowiada góral.

- No to przecież jesteście Niemcem – zauważa rozpromieniony urzędnik.

A góral na to zdenerwowany:

- Ee, panie, cóz wy tak gupio godocie. A powiećcie, cy jak kura wpadnie do chlewa, to tys mo być świnia?


 

Oczywiście byli także sympatycy „Komitetu Góralskiego”, którzy bez wahania przyjęli „góralską” kartę. Wiele osób zrobiło to ze strachu. Niektórzy kalkulowali - wychodziło że bycie „góralem” daje duże przywileje, więc dlaczego nie brać? „Góralska” kennkarta pozwalała wyciągnąć członka rodziny z więzienia lub niemieckiego obozu. Bardzo często stawała się ona również pewnego rodzaju alibi dla rodzin, których członkowie działali w organizacjach konspiracyjnych. Wśród przyjmujący znaleźli się również niewykształceni chłopi, którym wmówiono, że skoro są góralami to nie ma innej możliwości, jak tylko przystąpić do Goralenvolk.


 

Wizyta generalnego gubernatora Hansa Franka
 i ministra propagandy Josepha Goebbelsa w Poroninie

Wizyta generalnego gubernatora Hansa Franka i ministra propagandy Josepha Goebbelsa w Poroninie

Goralenführer podczas spotkania z „turystami”

 

Z czasem terror stawał się coraz większy. Zastraszeni mieszkańcy Podhala coraz częściej przyjmowali kenkarty z literą „G”. Jednak czynili to z uczuciem wielkiego wstydu i poniżenia. Kartę „góralską” uważali za rzecz hańbiącą i starali się jej nikomu nie pokazywać, a kiedy było to możliwe wyrabiano sobie ponownie karty polskie.


 

Do dzisiaj nie można podać dokładnych danych jaki zasięg miała akcja „Komitetu Góralskiego”. Wiadomo natomiast, że nie odniosła ona przewidywanego sukcesu. Wacław Krzeptowski nie miał czym pochwalić się swym mocodawcom. Przypuszcza się, że w Zakopanem, gdzie najmocniej działał „Komitet”, a jego członkowie mogli liczyć na pomoc samego Roberta Weissmanna i jego ludzi, na 8050 kart rozpoznawczych polskich przypadło 2689 „góralskich”. W Bukowinie Tatrzańskiej zgłosiło się po polskie karty rozpoznawcze około 2000 osób, jednak wydano ich tylko 1675 gdyż brakło druków, natomiast po „góralskie” kennkarty zgłosiły się 54 osoby. W gminie Szaflary na około 5000 kart wydano 167 „góralskich”. Na terenie gminy Łopuszna na 2330 kart polskich przypadło 180 „góralskich”, a w niedalekim Czorsztynie wydano 2176 kennkart polskich i 62 „góralskie”. W Krościenku różnica była jeszcze większa, 2600 kart polskich i 63 „góralskie”. Największy sukces Komitet odniósł w Szczawnicy gdzie wydano 92% „góralskich” kart oraz w Nowym Targu gdzie na 5326 polskich przypadło 2280 kart „góralskich”.

 

Akcję wydawania kart pilnie śledziło gestapo w Zakopanem i starosta w Nowym Targu. Podczas wizytacji poszczególnych gmin, starosta niemiecki Hans Malsfey kontrolował jaki przebieg ma werbunek do „Goralenvolku”. W Szaflarach podczas takiej wizyty zauważył: Reine goralische Dorf, aber keine Goralen (Wieś czysto góralska, a górali nie ma).


 

W Rabce próby nakłaniania mieszkańców do podpisania volkslisty rozpoczęto wiosną 1941 roku.


 

W tym czasie do Rabki przybyła niemiecka komisja, której zadaniem było wyszukać w księgach meldunkowych gminy nazwiska o niemieckim brzmieniu. Osoby, które według Niemców, nosiły takie nazwiska, wzywane były przed komisję, której przewodniczył SS-Obersturmführer Johan Mattheus. Wezwany wówczas wójt Gminy Kazimierz Pfeiffer oświadczył między innymi: że nosi imię Kazimierz – który to Kazimierz jest polskim, a nie niemieckim świętym. Kiedy przed obliczem komisji stanął ksiądz Stanisław Dunikowski, któremu wyszukano matkę Niemkę, oświadczył: że nie widzą ojca. Przesłuchujący go gestapowiec napluł mu w twarz, ksiądz otarłszy się z dumnie podniesioną głową opuścił salę. O działalności tej komisji w swych wspomnieniach pisze Zbyszko Nowak: W lecie 1941 roku do Rabki zjechała komisja niemiecka. Wezwano wszystkich, którzy mieli nazwiska o brzmieniu niemieckim. Chciano ich zmusić do przyjęcia obywatelstwa niemieckiego, względnie do przyjęcia V.D. (Volksdeutch – pochodzenie niemieckie). Wezwano kilkadziesiąt osób, całe rodziny. Wezwani bronili się jak mogli. Nie pomogły prośby, ani groźby. Kilka osób załamało się, gdy ich postraszono Oświęcimiem i pokazano im zdjęcia obozowe. Dochodziło do dramatycznych scen. Ale komisja też już była zmęczona tymi nie kończącymi się słownymi utarczkami. Pozostali jeszcze ci na literę „W”, a więc Wagnerzy i Wence. Rozmowa zaczynała się od tego, czy wezwany wie, że pochodzi od Niemców, na co wskazuje jego nazwisko. Na takie pytanie ojciec licznej rodziny Wagnerów, odpowiedział oczywiście, że nie wie.


 

- Jak to? Każdy wie, że Wagner to nazwisko niemieckie. Nasz Wagner odpowiedział, że szwajcarskie.

- Skąd pan wie, że szwajcarskie – zapytał Niemiec.

- Skąd pan wie, że niemieckie – zapytał Polak.


 

Nie dał się złamać polski Wagner i nie przyjął V.D. Następnie wezwano mnie. Jak się później okazało – ostatniego. Przewodniczący komisji powiedział, czy wiem, że w żyłach moich płynie niemiecka krew? Odpowiedziałem, że nie wiem. Pokazał mi moją metrykę i wskazał na nazwisko matki „Wenc” i matki chrzestnej, też niemieckie. Powiedziałem, że dziadek mój pochodził z kolonistów niemieckich, od wieków spolszczonych, że ja też czuję się Polakiem. Coś powiedział o moim inteligenckim wyglądzie, zaczął mi obiecywać, że będę mógł studiować, że wyślą mnie do Trypolisu na wydział medycyny tropikalnej. Początkowo rozmawiałem po niemiecku. Teraz zacząłem mówić po polsku. Przerwał mi i zapytał dlaczego nie mówię po niemiecku? Przecież dotychczas mówiłem po niemiecku, a nie po polsku. Odpowiedziałem, że uczyłem się w szkole tego języka, ale dla lepszego wysławiania się przeszedłem na polski. Zapytał mnie jeszcze raz, czy chcę podpisać V.D.? Odpowiedziałem, że czuję się Polakiem i, że chcę nim pozostać. Nachylił się do Niemców z komisji i szepnął „Er will nicht!” (On nie chce). Machnęli ręką i zwolnili mnie. Nie wzywali oczekujących w poczekalni pozostałych potomków Wenca. Odprawiono nas. Po przyjściu do domu, opowiedziałem dokładnie przebieg rozmowy. Płakaliśmy ze szczęścia, byliśmy uratowani.


 

Widok z pijalni na Pawilon muzyczny

 

Rok później pojawili się w Rabce przedstawiciele „Komitetu Góralskiego”. Rozpoczęli oni nakłanianie mieszkańców do przyjmowania „góralskich” kart rozpoznawczych. Ich działalność z czasem nabierała coraz większego tempa. Czesław Trybowski: Na wiosnę 1942 roku rozwija się akcja góralska, zabiega o nią Andrzej W. ze Słonego. Zjawiają się wtedy w Zarządzie Gminy, przedstawiciele Góralskiego Komitetu w liczbie 11 z Zakopanego z Andrzejem Krzeptowskim (bratem powieszonego w dniach wyzwolenia Wacława Krzeptowskiego) na czele. Ówczesny wójt Kazimierz Pfeiffer usunął się z biura. Rozmawiali wtedy ze mną. Krzeptowski oświadczył: „Nas jako górali SS się nie czepia, każdy urodzony w powiecie nowotarskim, limanowskim, nowosądeckim, myślenickim a nawet żywieckim jest góralem. W przyszłości zostanie utworzone księstwo góralskie. Każdy nie-góral będzie wysiedlony i dozwolone mu będzie zabrać z sobą jedynie 15 kg dobytku. W szkołach będą mogli uczyć się tylko górale, zatrudnienie znajdą tylko górale.


 


 

Zbyszko Nowak: Na początku okupacji niemieckiej, mieszkańcy Rabki stanęli przed poważnym dylematem. Niemcy, chcąc rozbić jedność Polaków na Podhalu, wymyślili nową narodowość „Goralenvolk” (naród góralski). Pamiętam te gorące dyskusje w naszych domach. Co robić? Jak się bronić przed wywłaszczeniem z gospodarstwa rolnego? Matka moja i jej siostra Karolina Romańska prowadziły wspólne, małe gospodarstwo. Mówiono, że Niemcy mają odebrać gospodarstwa tym, którzy nie przyjmą karty rozpoznawczej góralskiej. Zostawią gospodarstwo tym, którzy przyjmą takie dowody osobiste. Ile było nocy nieprzespanych, ile rozmów z sąsiadami! Przyjmować, czy nie przyjmować? Ci co chcieli prowadzić gospodarstwa rolne, deklarowali się jako górale. Ale przecież wszyscy chcieli być rolnikami i zatrzymać swoje gospodarstwa. Znaleziono prosty sposób. Jeden z członków rodziny zostawał „góralem”, a pozostali przyjmowali karty rozpoznawcze polskie. Na tej zasadzie Karolina Romańska była „góralką”, a jej siostra Polką. Jakoś przyjął się ten sposób prowadzenia gospodarstw.


 

Od wiosny 1942 roku wydawano w Rabce karty rozpoznawcze. Na około 3200 kennkart polskich przypadło około 1100 „góralskich”, czyli około 35% mieszkańców zdeklarowało się jako „górale”. Działo się tak między innymi dlatego, że urzędnicy delegatury „Komitetu” dokonywali oszustw, na ankietach często skreślali narodowość „polska”, a wpisywali „góralska”. Część ludności bała się utraty majątku i wysiedlenia. Innym grożono aresztowaniem i wysłaniem do obozu koncentracyjnego. W tym czasie panował również wzmożony terror. Miały miejsce masowe mordy na żydowskich mieszkańcach (maj–sierpień 1942 roku) oraz aresztowania, które pochłonęły kilkaset osób. Aresztowanych wysłano do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie większość została zamordowana (czerwiec–wrzesień 1942 roku). Jednak akcja ta zakończyła się porażką. Mimo silnej propagandy ze strony aktywistów „Komitetu”, pomimo aktów terroru ze strony okupanta i oszustw zmierzających do narzucenia „góralskich” kart rozpoznawczych większość górali zadeklarowało się jako Polacy. Czesław Trybowski: Na Rabkę, która kilka dni przed tym przeżyła większe masowe aresztowania, pada blady strach! Ludzie zaczynają przyjmować wmuszane im karty rozpoznawcze góralskie (niebieska z literą „G”). Są jednak osoby, które się przed przyjęciem tych kart demonstracyjnie bronią i nie przyjmują. Brzydką rolę w tej akcji odegrał sekretarz Związku Górali z zawodu obrońca prywatny ze Śląska M., wspomniany Andrzej W. i Tomasz K.


 

Wydane karty rozpoznawcze dla ludności polskiej w ilości ponad 1500 zostały zakwestionowane przez Związek Górali i na plecenie Kreishaupmanna (odpowiednik starosty) w Nowym Targu odebrane i przekazane wspomnianemu Związkowi do weryfikacji. Decyzja Związku była ostateczną. „Oporni” byli wciągani na listę i przekazywani „Arbeitsamtowi” z wnioskiem wyjazdu na roboty do Rzeszy. Część aktywu góralskiego współpracowała z Gestapem (np. Ł. z Zaborni – zlikwidowany przez partyzantów), były to jednak wypadki sporadyczne. Kiedy ludność się przekonała, że nie ustają szykany okupanta pod adresem ludności „góralskiej” i gestapo tak samo aresztuje Polaków jaki i Górali akcja zaczęła upadać. M. w miarę postępu Armii Czerwonej ku zachodowi zaczął „odpłatnie” wymieniać karty góralskie na polskie. Dosięgło go jednak ramię sprawiedliwości i prawomocnym wyrokiem sądowym PRL na jednym z procesów w roku 1946 a może i 1947 został skazany za swoją działalność na 5 lat więzienia.


 

Kolejną „wielką akcją” przeprowadzoną przez Wacława Krzeptowskiego i Witalisa Wiedera miało być sformowanie „Legionu góralskiego SS”. Pod koniec 1942 roku, kiedy już rozdano część kart góralskich, Wieder wraz z „Goralenführerem” Krzeptowskim rozpoczął objazd podległego mu terenu. W czasie tych wizyt na spotkaniach i wiecach namawiali do wstępowania w szeregi powstającego „Legionu”. Znowu posypały się obietnice i groźby. Przyszłych „legionistów” zapewniano, że służbę będą pełnić na terenie kraju. Rodzinom ochotników obiecywano zwiększenie przydziałów żywności, zwolnienie z wywózki na przymusowe roboty do Niemiec oraz wypuszczenie z więzień i obozów koncentracyjnych wszystkich krewnych. W innych wypadkach nakazywano pewnej liczbie „ochotników” stawić się przed komisją poborową w Zakopanem. W ten sposób zwerbowano około 300 górali, z czego komisja na wstępie odrzuciła 100. Pozostałych 200 posadzono za stołami pełnymi jadła i wódki. Zaczęła się pożegnalna uczta. Następnie podstawiono specjalny pociąg, którym rekrutów skierowano do obozu szkoleniowego w Trawnikach, w okolice Lublina. Po drodze jednak, gdy wódka wywietrzała z głów część górali uciekła z transportu. Do obozu przybyło kilkudziesięciu, część z nich pobiła się z Ukraińcami. Zostali oni aresztowani i wysłani na roboty do Niemiec. Niebawem do „Komitetu” w Zakopanem przyszła wiadomość, że w obozie przeszkolono 12 górali. Z tych przy pierwszej okazji uciekło jeszcze kilku. Tak skończyły się sny „Goralenführera” o dziesięciotysięcznym „Legionie góralskim”. Była to już na szczęście ostatnia większa akcja „Komitetu” i kolejna, która zakończyła się fiaskiem i skompromitowała „księcia góralskiego” w oczach jego mocodawców. W społeczeństwie Podhala narastał coraz większy opór, jeszcze co prawda obawiano się represji, ale los zdawał się nie wróżyć nic dobrego dla „Goralenführera”:


 


 

Cy ty, Wacek, nie wies jacy my Górale?

Polska nam ojcyznom, a my jej synowie!

Nie ryj świnio głupio, nie psuj polskiej sprawie,

Niemców z nos nie zrobis, choćbyś stoł na głowie.

Polska będzie zyła, Niemcy przegrać musom,

Tobie kula trafi, jabo cie obwiesom.


 

Wacławowi Krzeptowskiemu grunt coraz bardziej palił się pod nogami, okrzyknięty zdrajcą i sprzedawczykiem, stracił serce do swej „roboty”. Rok 1943 przyniósł zmianę sytuacji na frontach, Niemcy ponosili coraz dotkliwsze klęski. Na Podhalu coraz prężniej działały zbrojne organizacje konspiracyjne, których celem obok okupantów stali się kolaboranci i konfidenci w tym działacze „Komitetu Góralskiego”. Niemcy widząc kompletne fiasko „Goralenvolku” przestali się tą akcją interesować. Na swym stanowisku „Goralenführer” „wytrwał” do lata 1944 roku. W tym czasie zniknął wraz z pieniędzmi, które zabrał z kasy „Komitetu góralskiego”, do której tylko on miał klucze.


 


 

Ukrywał się w Tatrach. Na próbę rehabilitacji było już jednak za późno. Poszukiwali go żołnierze Armii Krajowej. Próbował jeszcze nawiązać kontakty z partyzantami radzieckimi i zaoferować im współprace, ale jego kryjówka została odkryta w styczniu 1945 roku. Dnia 20 stycznia 1945 roku żołnierze plutonu „Kurniawa” z oddziału „Chełm” AK, pod dowództwem kap. Tadeusza Studzińskiego ps. „Kurzawa” aresztowali Wacława Krzeptowskiego. Zanim dopełnił się los zdrajcy, musiał napisać testament, w którym przyznawał się do zdrady narodu polskiego i współpracy z hitlerowcami:


 

Ja niżej podpisany, Wacław Jan Krzeptowski ur. 1897 dnia 24/6 w Kościelisku przekazuję cały swój nieruchomy i ruchomy majątek uwidoczniony w Księgach Hipotecznych w Zakopanem, na rzecz oddziału partyzanckiego (Kurniawa) grupa Chełm Armii Krajowej, z własnej nieprzymuszonej woli, jako jedyne zadośćuczynienie dla Narodu Polskiego za błędy i winy popełnione przeze mnie wobec polskiej ludności Podhala w okresie okupacji niemieckiej, od roku 1939 – do 1945.


 

Wacław Jan Krzeptowski


 

Kościelisko 20 I 45 godz. 22:30


 

Ostatnie chwile „góralskiego księcia” tak opisuje Tadeusz Studziński: Wkrótce stanęliśmy na drodze łączącej wieś Kościelisko z Krzeptówkami. Po wschodniej stronie szosy, za rowem rosły trzy smreki. Zatrzymaliśmy się przy nich. Krzeptowski ukląkł na drodze i zapłakał. Pół roku tułactwa po tatrzańskich kolibach dało mu wiele sposobności, aby przemyśleć słowa gromkich deklaracji, jakie wygłaszał, i ocenić ich skutki. Wiedział, na co zasłużył. Nie stawiał oporu. Kiedy partyzant zakładał mu powróz, prosił:

- Kulę mi dajcie, panie poruczniku, kulę...

- Kula to śmierć honorowa. Zdrajcy na nią nie zasługują.

- Módl się lepiej, jeżeli wierzysz! – poradził mu jeden z chłopców i pociągnął za rów do smreka.


 

Skazaniec płakał. Dla człowieka myślącego strasznie jest umierać za brudną i złudną ideę, w którą się pewnie samemu nie wierzyło. Partyzanckie serca były kamienne. Spełnialiśmy swą powinność z obojętnością jak automaty. Jak nie my. Jakby wszystkie czynności i ruchy – niezdarne w tej chwili, gdyż były to ruchy samouków – od dawna przepowiedziano w gwiazdach.


 


 

Wacława Krzeptowskiego dosięgła ręka sprawiedliwości, a jego współpracownicy? Henryk Szatkowski i Witalis Wieder uciekli

z Zakopanego wraz z wycofującymi się wojskami niemieckimi. Ich dalsze losy są nieznane. W listopadzie 1946 roku odbyła się w Zakopanem, na sesji wyjazdowej Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie, rozprawa przeciwko twórcom „Goralenvolku” i działaczom „Komitetu Góralskiego”. W rozprawie wzięło udział 160 świadków z całego Podhala. Sąd stwierdził, że podczas okupacji ogół ludności Podhala wykazał postawę patriotyczną i nie można go winić za czyny garstki kolaborantów. W przemówieniu końcowym prokurator stwierdził: „Podhale zdało egzamin z polskości, Podhale było, jest i będzie zawsze polskie.” Zapadły wyroki, Szatkowskiego i Wiedera skazano zaocznie na karę śmierci, Józef Cukier otrzymał karę 15 lat pozbawienia wolności. Sąd skazał kilku innych działaczy „Komitetu” na kary od 3 do 5 lat więzienia.

 

 

Tutaj dokument na temat Goralenvolku...polecam 

 


 

Zakopane, sanie góralskie.
 

A co myślą o członkach Goralenvolku Rabczanie? Większość z nich, bo aż 70%, uważa ich za zdrajców. Tylko 30% osób stawiło się w ich obronie, wskazując na różne czynniki, które zmuszały do przyjęcia góralskiej karty.

 

PS. Historia Goralenvolk jest bolesną prawdą, nie mniej trzeba mieć ją w pamięci ..a także pamiętać o tych, którzy przelali krew za Ojczyznę nie idąc na łatwiznę kolaboracji...trzeba też wysnuć refleksje, że jednak takich różnych Wacków mamy po dziś dzień, tylko, że teraz działają w białych rękawiczkach i zasłaniają się słowem demokracja...dziś możemy spokojnie wskazać co to za osobniki i co dziwne czują się bardzo pewni siebie...a to tylko świadczy, że jesteśmy jednak pod okupacją.

historiarabki.blogspot.com/2012/02/narod-polski-czy-goralski.html

niepoprawni.pl/blog/152/oj-wacus-wacus-bedziesz-wisial-za-cos

 

 


 


 


 


 


 

 



 


 


 

 


 


 

 

licznik: 3264 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze